Dodaj "d" na końcu swojego nazwiska i/lub zmień w nim przynajmniej jedną samogłoskę. Jeśli brzmi teraz tak dobrze i obiecująco jak Tyrmand, masz szansę na wielką karierę.[Tak zaczynała się lista punktów bycia Tyrmandem na wystawie "Ulice Złego" w Muzeum Literatury w Warszawie, niektórymi z nich będę się podpierać pisząc ten tekst.]
Obok nazwiska Tyrmand można łatwo postawić obok słowo "mit". Budował on bowiem wokół swojej osoby odpowiednią otoczkę. Dziś można by go nazwać pewnego rodzaju celebrytą. Oczywiście, był pisarzem, ale bywał wszędzie, gdzie należało bywać. Ponieważ dokładnie dbał o swój wizerunek, nawet jego "Dziennik 1954" należałoby czytać z przymrużeniem oka, Tyrmand jak nikt potrafił ubarwiać rzeczywistość puszczając przy tym do przyszłego czytelnika perskie oko.

Nie tylko swoją osobę poddawał odpowiednim poprawkom pod publiczkę, ale całe swoje otoczenie. Jeśli się z kimś przyjaźnić to tylko z błyskotliwszymi od siebie, a przynajmniej równie błyskotliwymi. A jeśli grać w tenisa na Legii to tylko z mistrzem kraju, jeżeli już wymagać czegoś od siebie to najlepszego, rzecz jasna.
Zapisał się w popkulturowej świadomości jako posiadacz kolorowych (a konkretniej: czerwonych) skarpetek i symbol antykomunizmu. W rzeczywistości komunizm był mu na rękę. Dzięki niemu mógł jednocześnie wyglądać zachodnio i nie tracić przy tym oryginalności. Wyróżniał się nie tylko na tle Polski, ale i swoich warszawskich kolegów. Zawsze najlepiej ubrany...zarzuca się mu bikiniarstwo, ale Tyrmandowi bliżej było do przedwojennych amantów niż do krawatów z wizją wybuchu bomby atomowej.
By być jak Tyrmand należy zaopatrzyć się w "akcesoria udanego życia" - skrojone na miarę ubranie: najmodniejszy garnitur szyty u przedwojennego krawca, odpowiednio dobrany kołnierzyk wystający spod koszuli, nawet, gdy koszula jest marnego gatunku, wygięty w łabędzia krawat; buty na słoninie, spodnie tak ciasne, że trzeba je wkładać za pomocą łyżki do butów; skarpetki w paski i włosy ułożone na brylantynę. 
Dobrze jest mieć też przy sobie maszynę walizkową, przydaje się do pisania relacji sportowych, za które później wyrzucają z pracy. Od biedy w dzisiejszych czasach można poratować się odpowiednim netbookiem czy laptopem, edycja limitowana MacBooka będzie w porządku.
W domu oczywiście płyty jazzowe, w końcu tytuł ojca chrzestnego polskiego jazzu do czegoś zobowiązuje. Płyty gramofonowe, to jasne.
W kieszeni można nosić iPoda z twórczością Glenna Millera, czy Benny'ego Goodmana.
W najlepszej jakości.
Design w stylu lato 50/60 jest dziś w cenie, dlatego nie należy zbytnio odbiegać od niego przy urządzaniu swojego mieszkania, to w nim każdy porządny Tyrmand pisze swój dziennik, który musi stać się sukcesem. Nie ma innej rady. Dziennik uzupełniać często, codziennie siadać i nad nim pracować. Za cel obrać sobie dzienniki wielkich pisarzy, ale zamiast tworzyć kolejne "W poszukiwaniu straconego czasu" należy postarać się upchnąć wszystko w ciągu roku.
Wyjechać za granicę, najlepiej na studia, najlepiej do Paryża. Paryż zawsze się ceni. Uczyć się języków, podłapywać modne zagraniczne słówka, szczególnie te nieprzetłumaczalne. Przydadzą się później jako wtrącenia w dzienniku. Będą zwiastować otwartość umysłu autora.
Ale przede wszystkim należy kochać Warszawę i wracać do niej, szukając jej serca, nawet, kiedy leży w gruzach. A na jej cześć napisać książkę. Niech to będzie kryminał. Niech będzie przykładem koegzystencji jednostki z miastem, niech go sobie rozpracowują całymi latami, niech ścieżki bohaterów staną się trasami spacerów. Na pierwszej stronie umieść tylko jedną dedykację, dedykuj ją swojemu rodzinnemu miastu - Warszawie.
Nie trać chęci życia, cokolwiek Ci się przydarzy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz